- Śmierć mojej córki to nie był wypadek - powiedział. - Rainie Conner

przed główną bramą szpitala. - Bez komentarza. - To już drugie zabójstwo i trzecie usiłowanie zabójstwa w ciągu dwóch tygodni, jeśli weźmiemy pod uwagę to, co przytrafiło się Amandzie Montgomery. Co to oznacza? - To oznacza, że dwie osoby nie żyją. Jedna żyje. - Odwrócił się na pięcie i ruszył do drzwi. Nie dała się spławić. Musiała prawie biec, ale zdołała dotrzymać mu kroku. Jasne, była szczupła, wysportowana, w świetnej formie. Reed nie znosił tej piegowatej baby o różowawych włosach. Oznaczała kłopoty. Poważne kłopoty. Patrzyła na niego przez ciemne okulary, wydymając gniewnie usta. Ale nie poddawała się. Była przecież córeczką sędziego Ronalda Gillette. Porażka nie była zapisana w jej genach. - Ale czy w Savannah grasuje seryjny morderca? - zapytała. - Bez komentarza. - Detektywie, proszę posłuchać... - Nie, pani Gillette, to pani posłucha. Mam robotę i brak mi czasu na takie pierdoły. Zrozumiała pani? Kiedy przygotujemy oświadczenie, będzie pani mogła porozmawiać z rzecznikiem policji. Z przyjemnością panią o wszystkim poinformuje. A teraz muszę iść. - Szklane drzwi rozsunęły się i wszedł do środka. O dziwo, nie poszła za nim. Przeskakując po dwa stopnie, wbiegł na drugie piętro, gdzie czekała na niego kolejna kobieta. Ciężki dzień. - No, najwyższy czas - zamruczała Morrisette. Stojący za nią policjant, Joe Bentley, przewrócił oczami, a Reed pomyślał, że Morrisette pewnie już im wszystkim dała popalić. Kolejny policjant z ostrzyżonymi najeża rudawymi włosami i zakrzywionym nosem posłał Morrisette wściekłe spojrzenie, a do Reeda szepnął głośno, tak żeby wszyscy słyszeli: - Żona pana szukała i, jak Boga kocham, jest wkurzona. - Goń się, Stevens - odpaliła Morrisette. - Ach, zapomniałem, że to przecież ty jesteś głową rodziny i... - Daruj sobie - warknął Reed. - Nie mamy czasu. - Dziękuję, kochanie - zaświergotała Morrisette, żeby dolać oliwy do ognia, a potem spoważniała. - Wygląda na to, że ktoś nie mógł się doczekać na kostuchę. - Weszli do pokoju Bernedy Montgomery. Leżała na łóżku z otwartymi oczami utkwionymi w sufit; na stolikach i parapecie stały kwiaty i kartki z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia. Ale w obecnej sytuacji pani Montgomery już ich nie potrzebowała. Diane Moses i jej ekipa stawili się w pełnym składzie. Pokoje sąsiadujące z pokojem Bernedy zostały odgrodzone żółtą taśmą. - Pracujemy szybko, ale wolno nam idzie. Administracja szpitala nas pogania. Nie podobają im się nasi fani z kamerami koczujący w holu. No i pewnie chcieliby jak najszybciej zrobić użytek z tych łóżek. Wiecie, ile kosztuje jedna noc tutaj? Dużo. Kilka tysięcy. Tylko za sam pobyt. Bez żadnych badań. Więc pewnie chcieliby, żeby to łóżko zwolniło się jak najszybciej. A ją wysłać do kostnicy. I to migiem - powiedziała Diane, gdy jej zespół krzątał się po pokoju. Reed przyjrzał się ofierze. - Spójrz tutaj. - Diane wskazała na nadgarstki Bernedy. - Prawdopodobnie walczyła. Jedna jej ręka była przywiązana do łóżka, żeby nie ruszała nią i nie wyrwała igły od kroplówki, ale i tak igła leżała obok. Na nadgarstku są ślady. Reed przyglądał się siniakom. Przez co ta kobieta musiała przejść, zanim zginęła!
O1ivia nie wiedziała, dlaczego oszczędzono jej śmierci w płomieniach, ale odetchnęła –
– Być może będę też potrzebował pomocy przy nakazie ekshumacji.
drewnianym krześle, myśląc, że od ostatniej rozmowy z Olivią minęły całe wieki.
– Myślisz, że mogła sfingować własną śmierć?
zmęczony i podłamany. – To długa historia, w każdym razie widziałem, jak skoczyła z punktu
Ktokolwiek się za tym krył, chciał go zranić i poświęcił dużo czasu, by wszystko
– Nie – bełkotała zaklejonymi ustami. – Nie! – Gniewnie uniosła dłonie do twarzy,
którą skrępowano siostry Springer, wydaje się identyczna z tą, którą zabójca posłużył się przy
półmisków z jedzeniem, rozstawiali miseczki guacamole. Co jakiś czas zbierali się dokoła
Wystukał prywatny numer i usłyszał bezbarwny metaliczny głos, który go poinformował,
Los Angeles. – Brwi Brinkmana uniosły się ponad oprawki okularów. – Co, myślałeś, że o
Idąc wzdłuż ściany, zerkając przez nieliczne brudne szyby, które jeszcze zostały w
wyłącznie przez ciebie, przez twoją obsesję, przez ściganie Jennifer.


oku tych, którzy najbardziej mącą. Burmistrz nie chciał ryzykować. Nie teraz, kiedy do tego

– Ale przecież Rick odbił mu Jennifer?
– O co chodzi?
– Już słyszałam. Cały wydział aż huczy od plotek. – Hayes uniósł brew. Wzruszyła

– Poznałeś...

- Dlaczego... po tylu latach?
samochód?
– Zapytałem raz Danny’ego, czy naprawdę wie, kto to jest ten No Lava. Podzieliłem się z

ogóle odwiedza? Płaci alimenty? – Westchnęła. – O nie, ugania się za tą dziewuchą.

Glenda skinęła do słuchawki i sięgnęła po radio, żeby wezwać kolegów
do miejsca dla pasażera. Pociągnęła za pas. Zablokował się idealnie.
kiedy była taka mała i bezradna. Pieprzyć to. Nie będzie już mała. Nie będzie bezradna.